Vinaora Nivo SliderVinaora Nivo SliderVinaora Nivo SliderVinaora Nivo SliderVinaora Nivo Slider

facebook twitter

Dzika reprywatyzacja, z którą mamy od dawna do czynienia w Warszawie jest efektem wieloletnich zaniechań. Przez Sejm przeszedł projekt ustawy, który przynajmniej w części miał polepszyć tę dramatyczną sytuację. Gdyby ustawa weszła w życie miasto nie musiałoby zwracać działek i nieruchomości użytku publicznego, np. szpitali, szkół, przedszkoli, parków, muzeów.

Tymczasem Senat, który wcześniej nie zgłaszał żadnych wątpliwości, podważa jej zgodność z konstytucją, ponieważ posiadacze roszczeń nie otrzymają żadnego odszkodowania. Innego zdania jest ratusz, który przygotował przepisy.

Jedno jest pewne. Warszawa jak najszybciej potrzebuje nowych przepisów, które zahamują negatywne skutki dekretu Bieruta. Dziś sytuacja jest skandaliczna, bo często roszczenia skupowane są przez biznesmenów, którzy w miejsca szkół i innych miejsc użytku publicznego, budują kolejne biurowce. Natomiast w najgorszej sytuacji znajdują się lokatorzy i lokatorki reprywatyzowanych nieruchomości, którzy wyrzucani są ze swoich mieszkań. Dopóki nie uregulujemy tej kwestii, mieszkańcy i mieszkanki Warszawy będą musieli żyć w ciągłym zagrożeniu.

Od dzisiaj w Sejmie można obejrzeć wyjątkową wystawę, pokazującą polskich polityków i politykę w karykaturze. Nie wszyscy wierzyli, że uda się ją otworzyć.

Wydawałoby się, że w Parlamencie, w którym w końcu tworzy się politykę, takie wystawy jak dzisiejsza powinny być częściej prezentowane, ale udało się to dopiero w tym roku. Pod moim patronatem powstała wystawa prac, które wzięły udział w konkursie „POLITYKA W KARYKATURZE. Prawdziwa cnota krytyk się nie boi”. Pomysłodawcą i realizatorem konkursu jest Dariusz Łabędzki, karykaturzysta, wiceprezes Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury, prowadzący również Fundację Festiwalu Satyry Europejskiej” Koziołki”, która jest oficjalnym organizatorem konkursu. Konkurs został zorganizowany pod egidą i we współpracy z 2 partnerami, którymi są: Muzeum Karykatury w Warszawie i Stowarzyszenie Polskich Artystów Karykatury.

Pana Dariusza Łabędzkiego poznałam przypadkiem, podczas wizyty w Muzeum Karykatury. Podszedł wtedy do mnie i zapytał, czy jest możliwość zorganizowania takiej wystawy w Sejmie, ale szybko dodał, że pewnie nie, bo politycy nie mają do siebie dystansu. Byłam przeciwnego zdania, zgodnie z hasłem wystawy, że prawdziwa cnota krytyk się nie boi. Wygląda na to, że miałam rację, bo władze Sejmu wyraziły zgodę na pokazanie konkursowych prac. Sama również wręczyłam swoje nagrody: Leszkowi Kuczerskiemu za pracę „Miller i Palikot”, która jest smutną, ale prawdziwą diagnozą polskiej lewicy, a także najmłodszemu uczestnikowi konkursu Nikodemowi Nowakowi.

 W samym konkursie  wzięło udział 113 artystów, którzy nadesłali 460 prac. Na wystawie zaprezentowano ok. 120 z nich 50 autorów oraz kilkadziesiąt prac pozakonkursowych – m.in. Andrzeja Mleczki, Henryka Sawki, Dariusz Łabędzkiego, Dariusza Pietrzaka, Pawła Kuczyńskiego i innych. Zgłaszane prace oceniano w dwóch kategoriach: karykatura portretowa oraz rysunek satyryczny.

 

 

 

Opiekunowie osób niepełnosprawnych znów muszą protestować w Warszawie. Po tym, jak Trybunał Konstytucyjny uznał, że obecny system wsparcia dla nich jest niezgodny z konstytucją, Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej zaproponowało przepisy, które zabierają części opiekunów wywalczone świadczenia.

Obecnie opiekunowie osób niepełnosprawnych otrzymują różne świadczenia w zależności od tego, czy ich podopieczny jest niepełnosprawny od dziecka czy nabył niepełnosprawność jako osoba dorosła. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że moment powstania niepełnosprawności u podopiecznego nie powinien decydować o sytuacji jego opiekuna. Rząd musi więc wyrównać traktowanie wszystkich opiekunów dorosłych osób niepełnosprawnych. I równa tylko, że w dół, czyli zmniejsza świadczenia pielęgnacyjne.

To żywa niesprawiedliwość, dlatego rozumiem protestujących dzisiaj opiekunów i jestem po ich stronie. Ta sprawa powinna być jak najszybciej załatwiona po ich myśli, bo praca tych ludzi, choć tak potrzebna ze społecznego punktu widzenia, wciąż jest niedoceniana.

O. Rydzykowi nie podobają się zasady, które obowiązują wszystkich innych i chciałby być traktowany na specjalnych zasadach. Po tym jak, Ministra Edukacji Narodowej nie zgodziła się, by w trakcie zajęć szkolnych organizował w szkołach warsztaty medialne, zapomniał o dobrych manierach.

Zdaniem dyrektora Radia Maryja młodzież nie rozumie tego, co widzi w mediach i zachowuje się „jak stado gęsi”, dlatego organizuje dla nich warsztaty medialne w szkołach. Chciał jednak, żeby odbywały się one w czasie obowiązkowych zajęć dydaktycznych na co nie wyraziła zgody Minister Edukacji Narodowej. Jeżeli temat wykładu nie jest częścią podstawy programowej, to nie może zastępować lekcji – to zasada, która obowiązuje wszystkie fundacje. Ale o. Rydzyka to nie przekonało, dlatego zapominając o dobrym wychowaniu, wyzwał szefową MEN od karierowiczów, podważył jej kompetencje i poradził, żeby „poszła kartofle sadzić”.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że dyrektora Radia Maryja najbardziej zdenerwował fakt, że nie będzie miał wpływu na edukację młodzieży, której chciałby przekazać jedyną, słuszną i własną wizję mediów i świata. Nie można bowiem się spodziewać, że przekazana przez niego wiedza byłaby rzetelna, obiektywna i pozbawiona ideologii.

Mam nadzieję, że rodzice nie nabiorą się na piękną nazwę warsztatów i jeśli wyrażą zgodę na uczestnictwo w nich swoich dzieci, to z pełną świadomością, jaką wiedzę zdobędą ich pociechy.

Przyjmując papieski Krzyż Pro Ecclesia et Pontifice prof. Andrzej Rzepliński, prezes Trybunału Konstytucyjnego, stworzył niepokojący precedens nie tylko prawny, ale i etyczny. Czy takim odznaczeniem uhonorowany może być ktoś, kto poprzez swoje niezawisłe decyzje ma strzec zasad polskiej Konstytucji, mówiącej o rozdziale państwa od kościoła? Trybunał Konstytucyjny ma stać na straży „świeckiej biblii” jaką jest Konstytucja. W sytuacjach konfliktu między prawem stanowionym przez człowieka a prawem kościelnym, społeczeństwo nie może mieć najmniejszych wątpliwości, zasadami której „biblii” kieruje się w swych rozstrzygnięciach TK.

Z tego względu sędziowie Trybunału, otrzymali prawo do pełnej autonomii i niezawisłości podejmowanych decyzji. Społeczeństwo nie może mieć jakichkolwiek wątpliwości co do tego, że w decyzjach rozstrzygających o konstytucyjności przepisów prawa, sędziowie kierują się  zasadami Konstytucji, a nie wyznawanymi przez siebie światopoglądem i religią.

Przyjęcie papieskiej nagrody przez prezesa TK może rodzić podejrzenie, że w podejmowaniu dotychczasowych decyzji dotyczących relacji państwo – kościół Trybunał nie kierował się wyłącznie zasadami Konstytucji. Dotyczy to rozstrzygniętych na korzyść kościoła wyroków, które w ostatnich latach TK kilkakrotnie wydawał, badając kwestie wliczania ocen z religii do średniej uczniów, finansowania katolickich uczelni i Komisji Majątkowej. Pytanie, czy wydając wyroki w tych sprawach Trybunał kierował się wyłącznie Konstytucją? 

W krajach, w których Trybunały Konstytucyjne mają o wiele dłuższą tradycję, trudno sobie wyobrazić, aby przyjęcie jakiejkolwiek nagrody przez jego członków a tym bardziej przez prezesa było w ogóle możliwe i praktykowane. Niestety wciąż nam jeszcze daleko do standardów uznanych i praktykowanych w demokracjach o dużo dłuższej tradycji. 

 

Żałuję, że nie mogę być dziś w Auschwitz-Birkenau, gdzie mój tata, Kazimierz Albin, złożył wieniec w 70 rocznicę wyzwolenia obozu.

Ojciec trafił do KL Auschwitz pierwszym transportem z Tarnowa z numerem 118. W lutym 1943 r. jako jeden z nielicznych, którym w ogóle się udało, uciekł z obozu, by walczyć w dywersji Armii Krajowej.

Mój tata jest jednym z założycieli Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, członkiem Rady Muzeum oraz Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej i autorem książki wspomnieniowej z lat 1939 – 1945 pt. List Gończy. 

Myślami jestem dziś z moim ojcem i wszystkimi, którzy biorą udział w uroczystościach.

 

W trakcie wrześniowej debaty Radia Dla Ciebie poświęconej przyszłości osób starszych w Polsce, zobowiązałam się sprawdzić, na jakim etapie prowadzone są prace nad Ustawą o rencie dożywotniej. Wreszcie udało mi się ustalić co dzieje się z projektem, który miał zapewnić seniorkom i seniorom spokojną i dostatnią przyszłość. Okazuje się, że Ministerstwo Gospodarki cały czas pracuje nad jego ostateczną wersją. Jeśli trafi on do Sejmu to dopiero przed wakacjami.

Celem tej ustawy jest zapewnienie właścicielom nieruchomości pozyskania środków finansowych w postaci dożywotniego świadczenia pieniężnego od podmiotów świadczących tego rodzaju usługi w zamian za przeniesienie na ich rzecz prawa własności do nieruchomości. Wypłata świadczeń ma być zabezpieczona m.in. hipoteką na nieruchomości.

Tymczasem prace opóźniają się choć wprowadzenie ustawy o rencie dożywotniej jest niezwykle konieczne i zarazem bardzo atrakcyjne dla osób starszych przebywających na emeryturze, które nie są w stanie podjąć dodatkowej pracy i niejednokrotnie należąca do nich nieruchomość jest jedynym, choć zamrożonym, źródłem kapitału. Wobec bardzo niskich świadczeń emerytalnych w Polsce, seniorzy są często zmuszeni do poszukiwania dodatkowych źródeł dochodu. Niestety ich stan zdrowotny niejednokrotnie pozbawia ich możliwości podjęcia pracy. Dożywotnia renta pozwoliłaby osobom starszym na dostatnie życie, nie pozbawiając ich jednocześnie dachu nad głową.

Prace nad projektem ustawy o rencie dożywotniej Ministerstwo Gospodarki trwają, choć planowano, że wejdzie ona w życie 1 stycznia tego roku. W lipcu dokument ten został przekazany do uzgodnień międzyresortowych i konsultacji społecznych. Projekt zapowiadanych od dawna przepisów jak dotąd nie wpłynął bowiem do Sejmu. W otrzymanej właśnie odpowiedzi Ministerstwo Gospodarki wyjaśnia, że trwa uzupełnianie projektu ustawy o uwagi nadesłane przez resorty, instytucje i organizacje pozarządowe biorące udział w uzgodnieniach i konsultacjach. Kiedy zakończony zostanie ten etap tworzenia ustawy, trafi ona pod obrady rządu. Termin wejścia jej w życie przesunięto w związku z tym na 1 czerwca tego roku.

Tymczasem renta dożywotnia wywołuje u osób starszych bardzo wiele obaw, dotyczących między innymi utraty domu lub mieszkania. W trakcie spotkań z seniorkami i seniorami, które odbyłam w ostatnich miesiącach mówili o tym wielokrotnie. Stąd też podstawowym priorytetem jest jak najszybsze uchwalenie i wprowadzenie w życie ustawy o rencie dożywotniej, przy jednoczesnym jak najbardziej skutecznym zabezpieczeniu interesów osób starszych. Uchwalenie ustawy o rencie dożywotniej dałoby tym ludziom możliwość podpisania umowy z poczuciem bezpieczeństwa i otrzymania środków, które obok niskiej emerytury pozwoliłyby im na godną starość.

Niestety raczej trudno się spodziewać, że prace rządowe nad tak ważną ustawą zakończą się w terminie umożliwiającym jej szybkie przyjęcie. Bardziej prawdopodobne jest więc, że czeka nas kolejne opóźnienie. Obawiam się, czy w tej kadencji Sejmu jej uchwalenie będzie w ogóle możliwe.

Jeśli zaś rząd zdecyduje się na szybkie przepchnięcie tego projektu przez parlament, znów czeka nas ekspresowe tempo uchwalania kolejnej ważnej ustawy, nocne głosowania, przyspieszone posiedzenia, rozpatrujących projekt, komisji sejmowych. Pośpiech, który pojawi się z powodu tak dużych opóźnień, zapewne nie posłuży jakości wprowadzanego prawa. Nowelizacja Ustawy o górnictwie, która wywołała ostatnio tak duże kontrowersje, pokazała, że uchwalenie przepisów nie może odbywać się pochopnie, pod presją czasu i opinii publicznej.

Wszystko wskazuje na to, że seniorki i seniorzy długo jeszcze będą czekali na tak bardzo pożądane przez nich rozwiązania prawne.

 

Rosnący kurs franka szwajcarskiego i pojawiające się informacje o problemach ze spłatą wyższych rat kredytów wywołały dyskusję na temat tego, czy rząd powinien pomóc „frankowiczom” w ich spłacie. Przeciwnicy tego rozwiązania twierdzą, że kredytobiorcy sami są sobie winni. Zdecydowali się bowiem na zaciągnięcie kredytów w obcej walucie. Nie zapominajmy jednak o tym, że problem ten dotyczy dużej grupy społecznej, której nikt nie przestrzegał przed ryzykiem związanym z wahaniami kursu franka.

Kiedy 10 lat temu w Polsce trwał boom na nieruchomości, a Polki i Polacy zaczęli masowo realizować marzenia o własnym mieszkaniu, kolejne rządy nie raczyły poinformować kredytobiorców o ryzyku, jakie wiąże się zaciąganie wieloletnich zobowiązań, tym bardziej jeśli kredyty te mają być spłacane w obcej walucie. W kolejkach po własną hipotekę ustawiali się więc także ci, których nie stać było na kredyty w złotówkach. Z pomocą przyszły im banki, oferując nisko oprocentowane franki. Z ich oferty skorzystało ponad 700 tys. osób.

Być może podpisując umowę kredytową wiele z nich popełniło życiowy błąd, za który słono przyjdzie im płacić jeszcze przez wiele lat. Dyskutując o tym, czy rząd powinien pomóc „frankowiczom” warto się jednak zastanowić, czy skala problemu byłaby dziś tak duża, gdyby rząd zawczasu przestrzegł kredytobiorców przed ryzykiem kursowym, mogącym się pojawić dla zobowiązań w obcych walutach.

W podpisanych przez nich umowach znalazły się co prawda zapisy mówiące o tym, że wysokość raty uzależniona jest od kursu franka szwajcarskiego. Dekadę temu niski kurs tej waluty uznawano jednak powszechnie za coś niemal niezmiennego. Bankom zaś zależało na sprzedaży kredytów. Ich klientom na własnym mieszkaniu. Rząd cieszył się z koniunktury i rosnącej konsumpcji. Machina pracowała pełną parą i nikt nie pomyślał, że przed zgubnymi skutkami „frankowych” kredytów należałoby przestrzec obywateli. Ci zaś byli często nieświadomi istniejących w związku z tym zagrożeń. To błąd, za który dziś polski rząd powinien zapłacić przynajmniej cenę polityczną.

Małe przebudzenie przyszło co prawda już po 2008 r., wraz w kryzysem finansowym. Po raz pierwszy frank „skoczył” wtedy na ponad 3 zł. Jednak i wówczas rząd uspokajał, że kryzysu nie ma, a Polska jest zieloną wyspą. Ówczesny premier Donald Tusk publicznie zapewniał, że jakiekolwiek zagrożenie dla finansów osobistych Polek i Polaków nie istnieje, choć wielu z nich z dnia na dzień przyszło płacić raty wyższe nawet o 50 proc.

Dziś wysoki kurs franka dotyka nie tylko 700 tys. kredytobiorców, ale też ich rodziny, w sumie grubo ponad 2 mln Polek i Polaków. Trwa gorąca dyskusja, jak pomóc kredytobiorcom i czy rząd powinien partycypować w tej pomocy. Podejmując ważne decyzje w tej sprawie pamiętać trzeba o tym, co zrobił rząd, a także czego zaniechał, narażając miliony Polek i Polaków na stres i groźbę finansowego bankructwa.

Decyzja Komisji Europejskiej zezwalająca na stosowanie w państwach członkowskich antykoncepcji awaryjnej jest wiążąca i obowiązuje w Polsce. Stosowanie tych środków jest bezpieczne i mogą być one stosowane bez konsultacji medycznych. Takiej odpowiedzi na pytanie, które zadałam Premier Ewie Kopacz, udzielił podczas dzisiejszego posiedzenia Sejmu Igor Radziewicz – Winnicki, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Zdrowia.

Było to pierwsze oficjalne wystąpienie przedstawiciela rządu, potwierdzające wprowadzenie tzw. „pigułki po” w Polsce. Do tej pory brak było oficjalnego stanowiska Rady Ministrów w tej sprawie. W mediach pojawiały się za to sprzeczne informacje na ten temat. Chcąc rozwiać wszelkie wątpliwości dotyczące wprowadzenia antykoncepcji awaryjnej w Polsce, wspólnie z Januszem Palikotem zdecydowałam się spytać o nią Premier Kopacz.

Dopuszczając do sprzedaży bez recepty jedną z pigułek antykoncepcji awaryjnej, Komisja Europejska podjęła decyzję bardzo ważną z punktu widzenia zdrowia i praw kobiet w krajach Unii Europejskiej. Komisja potwierdziła tym samym, że nie istnieją żadne medyczne przeszkody, aby również w Polsce wprowadzić taką tabletkę do sprzedaży bez wymogu posiadania recepty. Do tej pory rząd uchylał się od jakichkolwiek działań ułatwiających dostęp do środków umożliwiających planowanie rodziny, choć zapewnienie pełnego dostępu do antykoncepcji bez utrudnień jest obowiązkiem władzy publicznej. Rząd ma zaś obowiązek zadbać o to, aby prawo polskich kobiet do świadczeń z zakresu planowania rodziny było w pełni realizowane. I to nie tylko dlatego, że wymaga tego Komisja Europejska.

Należy pamiętać, że tabletki antykoncepcyjne „dzień po” są jednym z ważniejszych osiągnięć współczesnej medycyny, a dostęp do nich jest jednym z podstawowych praw człowieka. W Polsce mamy tymczasem jedną z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych na świecie. W szkołach zaś nie są prowadzone zajęcia z edukacji seksualnej. Dlatego  możliwość zapobiegania niepożądanej ciąży jest szczególnie ważna.

Kobiety w Polsce, które próbowały dotąd otrzymać receptę na antykoncepcję awaryjną, napotykały szereg barier – od powoływania się przez lekarzy na klauzulę sumienia, przez koszty związane z wizytą w prywatnym gabinecie lekarskim, które musiały ponieść, po konieczność posiadania recepty właśnie. Opinia Europejskiej Agencji ds. Leków w sprawie antykoncepcji awaryjnej jest jednoznaczna.  

W przypadku tzw. pigułki „dzień po” liczy się każda minuta. Rekomendowana przez ekspertów Europejskiej Agencji ds. Leków tabletka może być skuteczna, jeśli zastosuje się ją do 5 dni po stosunku. Jest jednak najbardziej skuteczna, gdy zostanie przyjęta w ciągu 24 godzin.

To szczególnie ważne jeśli pod uwagę weźmiemy fakt, iż zgodnie z badaniami niemal połowa ciąż jest nieplanowana, zaś dostęp do tabletki "dzień po" tylko w przypadku nastolatek może zmniejszyć liczbę przedwczesnych ciąż nawet o połowę.

Należy również zauważyć, że nie ma żadnych, poza ideologicznymi, powodów aby utrudniać kobietom dostęp do tej tak ważnej metody zapobiegania ciąży.

Skoro rząd nie zrobił do tej pory nic, aby zliberalizować restrykcyjne prawo antyaborcyjne, powinien przynajmniej robić wszystko, by zmniejszyć ryzyko zachodzenia przez kobiety w niepożądane ciąże. Dlatego dobrze, że usłyszeliśmy dzisiaj stanowisko Rady Ministrów w tej sprawie.

Szkoda tylko, że Ministerstwo Zdrowia nie planuje wśród kobiet akcji informacyjnej w sprawie możliwości skorzystania z antykoncepcji awaryjnej.

Zobacz wystąpienie sejmowe w sprawie antykoncepcji awaryjnej: http://youtu.be/BfQnFx-PlBw

Strona 1 z 32

UWAGA! Ten serwis używa technologii cookies.

Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Czytaj więcej…

Akceptuję

Właściciel serwisu internetowego wandanowicka.eu, zobowiązuje się do należytej ochrony danych dotyczących odwiedzających serwis.

Dane dotyczące użytkowników serwisu nie będą przekazywane ani sprzedawane firmom ani osobom trzecim.

Dane przekazywane przez użytkowników serwisu będą wykorzystane jedynie w celu komunikacji.

Niezależnie od danych osobowych podanych podczas komunikacji, właściciel serwisu może wykorzystać technologie pozwalające na zbieranie niektórych informacji technicznych, takich, jak adres IP odwiedzającego, typ przeglądarki internetowej oraz używany system operacyjny.

Właściciel serwisu oraz podmioty obsługujące serwis internetowy gromadzą statystyki odwiedzin serwisu.

Właściciel serwisu zastrzega sobie prawo do wprowadzania zmian w polityce ochrony prywatności. Zmiany mogą nastąpić w dowolnym czasie, a użytkownicy mogą, lecz nie muszą być o tym powiadomieni.

Aby usprawnić funkcjonowanie serwisu internetowego, stosowane są pliki cookie. Pliki te to informacja przekazywana przez przeglądarkę internetową i przechowywana na lokalnym dysku twardym użytkownika serwisu internetowego. Pliki cookie nie zbierają żadnych osobistych danych użytkownika serwisu internetowego.